9-13.11.2017 „Backpackersi w Londynie”- Recenzja z wycieczki W czwartek 9.11.2017 po lekcjach w 17 osobowym składzie uczniów z klasy 3B, 3F, 4B, 4D, 4F pod przewodnictwem 2 nauczycieli: ks.Rafała Główczyńskiego, p.Marzanny Skowrońskiej wyruszyliśmy na wycieczkę do Londynu, najbardziej kosmopolitycznej, najczęściej odwiedzanej stolicy świata, serca dawnego imperium brytyjskiego.


Humor i szampańskie nastroje dopisywały już od wejścia do pociągu relacji Elbląg - Gdańsk Wrzeszcz. Zabawa w znajdź obiekt, drogę do celu, czy marsz na orientację zaczęła się już na remontowanej stacji Gdańsk Wrzeszcz, gdzie biegaliśmy z peronu na peron w poszukiwaniu właściwego toru do odjazdu kolejki do Portu Lotniczego Gdańsk-Rębiechowo.

Odprawę lotniskową przeszliśmy pozytywnie z całym asortymentem batonów, kabanosów, czy środków higienicznych, które znajdowały się w bagażach podręcznych, choć niektórzy przy przejściu przez elektroniczną ramę kontrolną musieli się nieco rozebrać i poddać kontroli osobistej. Jednak pierwszy bojowy chrzest miał miejsce na pokładzie samolotu, bo dla wielu był to pierwszy lot w ich młodym życiu. Bezkosztowa odprawa on-line 48h przed lotem przyczyniła się do większej integralności z pasażerami oraz samodzielności uczestników. Każdy z kartą pokładową musiał znaleźć nie tylko losowo przyznane mu miejsce dla siebie, ale i także dla swojego bagażu. Ponieważ większość z nas okazała się gentelmanami i wsiadała jako ostatnia grupa pasażerów, niektóre bagaże wylądowały w luku bagażowym tak jak bagaż rejestrowany, który później na docelowym lotnisku w Luton odbierany był z taśmy przypisanej do naszego nr lotu. Lot 240 osobowym airbusem przebiegał bez zakłóceń, nie licząc cofania zegarków o godzinę. Pilot świetnie operował maszyną, za co po wylądowaniu został nagrodzony oklaskami pasażerów.

Mimo późnej pory dnia w hali przylotów lotniska Londyn-Luton kłębił się wielobarwny tłum w oczekiwaniu na odprawę paszportową, która jest obowiązkowa nawet dla obywateli Unii Europejskiej, gdyż Wielka Brytania nie należy do strefy Schengen. Nikt z nas nie okazał się szpiegiem, poszukiwanym kryminalistą, podejrzanym i po chwili w pełnym składzie odnaleźliśmy się na angielskiej wolnej ziemi gotowi na kolejne wyzwanie. Rękawicę podjął uczeń z 4D, który nawiązał dyplomatyczną konwersację w języku angielskim z miejscowym stróżem przystanku. W jej rezultacie po chwili całą grupą wsiadaliśmy do autobusu linii ‘National Express’ do Victoria Station w Londynie, mając wykupione przez Internet bilety na 2 kursy ‘Easybus’ na późniejsze godziny.

Po opuszczeniu autobusu na stacji Paddington inicjatywę w prowadzeniu grupy do celu przejęły dziewczęta z 3B, wykorzystując w tym celu smartphona. Dzięki ich bezbłędnej nawigacji po 20 minutach znaleźliśmy się przed drzwiami hostelu. Niestety urok osobisty chłopców z 4D tym razem nie zadziałał na francuskiego recepcjonistę i sprawy meldunkowe musieli załatwić nauczyciele. Ulokowani zostaliśmy w 3 pokojach na 3 piętrach 5-cio poziomowej starej wiktoriańskiej kamienicy. Zderzenie po raz pierwszy z tanim, choć czystym hostelem z pokojami typu dormitorium spotkało się z dezaprobatą kilku dziewcząt. Jednak o poranku, przy śniadaniu wszyscy byli dziwnie zadowoleni z istniejącego status quo.

Po wyjściu z hostelu okazało się, że dzielnica jest ‘międzynarodowa’. Na głównej ulicy Queens można było zobaczyć i usłyszeć wielobarwny etnicznie tłum.

Pierwsza ‘atrakcja’, którą wszyscy zgodnie chcieli odwiedzić był ….. pobliski supermarket Tesco. Tam też przy kasie po raz pierwszy zostaliśmy zmuszeni do skomunikowania się z uprzejmym personelem w języku angielskim. Dla większości to doświadczenie było tak ‘bolesne’, że przy następnej wizycie skorzystali z … samoobsługowych kas. Choć może i przyczyną tego była fascynacja techniką, która w Polsce nie jest powszechna. Po wypiciu miejscowych jogurtów i kefirów, czyli przestawieniu flory bakteryjnej na miejscową żywność, w pełnym słońcu udaliśmy się do pobliskiego i jednocześnie największego londyńskiego parku Hyde Park, czy jak kto woli po części Kensington, gdyż na jego obrzeżach ulokowany jest KensingtonPalace, rezydencja księżnej Walii Diany, od jej ślubu z księciem Karolem, aż do jej śmierci dokładnie 20 lat temu. Zanim jednak do pałacu doszliśmy, przy okazji karmiąc tłumy kaczek na brzegu stawu, byliśmy świadkiem zamachu na życie wiewiórki, który sami nieopatrznie sprowokowaliśmy. Zafascynowani londyńskimi szarymi wiewiórkami przystanęliśmy przy jednym z drzew parkowych podziwiać te zwinne zwierzątka, gdy nagle czarny, duży, myśliwski pies skoczył i chwycił w zęby jednego futrzaka, po czym uciekł ze zdobyczą w wysokie trawy. Jego właścicielka, pani w średnim wieku, nie tylko nie zareagowała, ale była zaskakująco uśmiechnięta sprawnością swojego pupila, ignorując nasze uwagi na temat psiego traktowania małych zwierząt. Finał był taki, że po chwili bawienia się niczym kot myszką, wiewiórka została porzucona w trawie niemal bez życia, a agresor się oddalił, gdy na scenie pojawił się drugi pies. Jego właścicielka zainteresowała się losem wycieńczonego zwierzęcia. Uniosła wiewiórkę i oddaliła się od miejsca przestępstwa, ratując tym samym angielski honor, który w naszych oczach ‘splamił się krwią’.

Potem był przemarsz przez park i klasyczny szlak przez główne atrakcje Londynu jednoznacznie się z nim kojarzące. Pod Łukiem Triumfalnym zrobiliśmy sobie pierwszą zbiorową fotkę na pamiątkę zdobycia miasta. Pod BackinghamPalace, gdzie rezyduje rodzina królewska, a wejść strzegą nie tylko gwardziści, ale także barierki antyczołgowe, zrezygnowaliśmy z czatowania na aktualnie i najdłużej, bo 65 lat panującą królowę Elżbietę II. Zadowoliliśmy się spiżowym pomnikiem jej prababki Viktorii, stojącym przed pałacem. To tu przed pałacem potwierdziła się obiegowa maksyma, że polski to drugi język w UK. Nie byliśmy więc unikalną nacją w tłumie turystów. Kolejno był park St.James, opactwo Westminster - miejsce koronacji królów, pomnik Churchilla, budynek Parlamentu ze słynnym, choć niesprawnym Big Benem w otulinie z rusztowań. Zaskoczeniem były potężne zapory przy wejściu na most Westminsterski na Tamizie, z którego można było podziwiać zarówno Parlament jak i London Eye. Wielka karuzela budziła podziw, ale nie na tyle, by na przejażdżkę nią poświęcić McDonalda. Skończyliśmy zatem w położonej przed karuzelą, najbardziej swojskiej z angielskich jadłodajni, napełniając sobie brzuchy znajomymi smakami hamburgerów, frytek i coca-coli. Przyzwyczajenie wzięło górę nad poznaniem i odtąd wizyta w McDonaldzie została wpisana do codziennego grafiku atrakcji ku niezadowoleni naszych nauczycieli.


Idąc ulicą Parlament Street w kierunku Trafalgar Square z kolumną Nelsona, rzuciliśmy okiem na DowningStreet – siedzibę rządu UK i pani premier Teresy May, obecnie najbardziej strzeżoną ulicę w królestwie. Przy koszarach służbę pełnili gwardziści na koniach. Czekaliśmy na swoją kolej, aby podejść bliżej i się z nimi zaprzyjaźnić, gdy gromki okrzyk niezadowolenia żołnierza na koniu popędził nas dalej. Nie zabawiliśmy za długo też przy Łuku Admiralicji ani na placu Trafalgar, który został zajęty w całości przez pracowników przygotowujących sobotni koncert. Za to w National Gallery spędziliśmy 2 godziny. Niektórzy podziwiali dzieła światowej klasy malarzy, inni non stop kontemplowali „Słoneczniki” van Gogha czy krajobrazy Moneta z pozycji wygodnej skórzanej kanapy, zbierając siły na powrót. Niektórym wystarczyło ich tylko na dojście do słynnego Erosa, czyli fontanny przy Piccadilly Circus z niemniej słynnymi reklamami świetlnymi w tle. W tym miejscu ukonstytuowały się 2 strumienie powrotu. Jedni zeszli do stacji i wsiedli do metra, przebrnąwszy po małych kłótniach z obsługą przez system zakupu i ładowania kart transportowych w automacie oraz studia nad skomplikowaną mapą połączeń linii metra. Drudzy przebijali się 5km przez tłumy zakupowiczów na Regent i Oksford Street, ulicach tonących w bożonarodzeniowych dekoracjach. Obie grupy z małymi przygodami, ale dotarły szczęśliwie na nocleg.

Sobotni poranek nie okazał się dla nas łaskawy. Dała o sobie znać słynna angielska pogoda i z uwagi na klasyczny ‘shower’ z nieba zmieniliśmy plan dnia tak, by większość czasu spędzić we wnętrzach. Tymi wnętrzami okazały się Muzea Wiktoriańskie, czyli słynna „wielka trójka”: Muzeum Historii Naturalnej, Muzeum Techniki, Muzeum Viktorii i Alberta. Wszyscy byli zgodni, że chcą udać się w pierwszej kolejności do Muzeum Historii Naturalnej. Tłumy i wielkie kolejki przed wejściami do wybranego muzeum uświadomiły nas, że nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł, by w ten sposób świętować rocznicę końca pierwszej wojny światowej. A może to byli ci, którzy nie zmieścili się na plac Trafalgar Square, czy do nieodległej Royal Albert Hall, dookoła zabarykadowanej niczym DowningStreet. Muzea zaskoczyły nie tylko swoim olbrzymimi gmachami, ale i mnogością eksponatów i wystaw. Aby je obejrzeć, należało przyjąć jakąś strategię zwiedzania, aby zmieścić się w zadanym czasie. Kiedy jedni poświęcili go na bardziej szczegółowe studiowanie zbiorów w jednym muzeum, inni lotem błyskawicy przebiegli przez wszystkie 3 muzea.

Po nawiedzeniu muzeów transferowaliśmy się metrem do ‘nowych czasów’, czyli do dzielnicy bohemy finansowej - City of London z charakterystycznym budynkiem ‘ogórkiem’…. Uprzednio jednak doświadczeni w użytkowaniu metra nauczyli niedoświadczonych obsługiwać automaty do zakupu i ładowania plastikowych kart transportowych Oyster.

Zamiast pobiec dalej do kolejnej wizytówki miasta Tower Bridge i Tower of London, udaliśmy się w grze na orientację w przeciwnym kierunku do Liverpool Street Station, bo tam okazał się być najbliższy ...McDonald. Posileni niezbyt zdrowym, ale swojskim jedzonkiem z zadowoleniem kontynuowaliśmy zwiedzanie mimo, że słońce w międzyczasie poszło już spać, więc fotki pod słynnym więzieniem-fortecą, czy na moście przyszło nam robić z fleszem. Zwartą grupą kontynuowaliśmy spacer po przejściu przez most, po prawej stronie Tamizy do stacji London Bridge. Tu uformowaliśmy 2 plutony: ‘metrowy’ i ‘spacerowy’, czyli ‘szybcy i wściekli’. Pierwsi dotarli do hostelu szybko ale odpłatnie. Drudzy musieli poradzić sobie z 8 km spacerem przez rozbawione miasto, szczególnie w okolicach LeicasterSquare, China Town, czy Piccadilly Circus oraz z pokusą zboczenia do klubu czy baru, nie postępując za młodymi pannami, którym się sezony pomyliły, bo tak skąpo były odziane.

Niedzielę spędziliśmy w dzielnicy Greenwich. Dojechaliśmy metrem do nowoczesnej londyńskiej dzielnicy CanaryWharf, która powstała na bazie dawnych doków portowych. Podążając ścieżką wytyczoną wzdłuż doków, doszliśmy do parku Millwall z boiskami do gier zespołowych i urządzeniami do ćwiczeń. Gdy jedni rozgrzewali się ćwicząc, inni dopingowali młode zawodniczki z high school do gry.Nie chodziło tu bynajmniej o kibicowanie określonej drużynie, ale o zagrzewanie dziewcząt do walki o piłkę, gdyż ich młodzieńcza zawziętość przy dużej masie wyjściowej czyniła grę widowiskową i zabawną. Po przejściu przez historyczny tunel pod Tamizą z 1902r znaleźliśmy się nieopodal wielkiego XIX wiecznego klipra herbacianego -Cutty Sark. Nie on jednak był celem wycieczki, a południk 0, dzielący ziemię na 2 półkule, wytyczony na wzgórzu, na którym wybudowano Obserwatorium Astronomiczne. Na wzgórzu nie zabawiliśmy zbyt długo mimo pięknych widoków, gdyż wiał zimy wiatr od morza. Zeszliśmy do centrum, by zakosztować różnych potraw na słynnym Greenwich Street Food Market. Oczywiście byli i tacy, którzy skończyli w pobliskim McDonaldzie. Przed zmrokiem znaleźliśmy się przy nadbrzeżu Greenwich Pier, skąd odchodziły tramwaje wodne do centrum Londynu. Dokuczliwy wiatr sprawił, że kilka osób szukając osłony oddaliło się od wejścia na wodolot i chwilę później nie zostały wpuszczone na pokład, gdyż liczba pasażerów osiągnęła wartość maksymalną. Gapowicze musieli czekać na następny rejs. Ten naturalny podział na grupy wyznaczył nasz sposób powrotu do hostelu od nadbrzeża przy Westmister Bridge. Wodolot majestatycznie i szybko płynął przez ciemniejące wody Tamizy, gdy Londyn rozbłyskiwał salwą świateł. W konkursie na najładniej oświetlony obiekt z pewnością wygrałoby czerwono migające London Eye. Ostatnim punktem programu dnia była wizyta w tradycyjnym, angielskim pubie kilka kroków od hostelu, gdzie nawiązaliśmy towarzyskie kontakty z odwiedzającymi pub Brazylijczykami z Rio de Janeiro. Graliśmy w gry, oglądaliśmy angielską ligę na wielkim ekranie, popijając … coca-colę.


Ostatni dzień przebiegł szybciej niż poprzednie. Po złożeniu bagażu w 1 pokoju szybko udaliśmy się do British Museum, największego na świecie muzeum starożytnych artefaktów z różnych krajów.Nie zabawiliśmy tam długo, gdyż czas naglił do powrotu. Jeszcze obkupiliśmy się wydając ostatnie funty, nawet te które zwrócił automat za kartę transportową Oyster. Breloczki, kubeczki, puszeczki, herbata, a nawet ubrania powciskaliśmy naprędce do bagaży i w 2 zespołach wystartowaliśmy w 5km spacer w kierunku przystanku Finchley Road, skąd miał nas zabrać autobus na lotnisko w Luton. Po całym dniu chodzenia, ostatnie kilometry były niczym pokonywanie ostatniego etapu w zawodach Iron Man’a. Mimo różnych czasów wyjścia, dróg dojścia, biletów na różne godziny, cudownym zbiegiem okoliczności wszyscy znaleźliśmy się jak jeden mąż na odpowiednim przystanku w tym samym czasie, upraszając 1 kierowcę, by nas zabrał 1 autobusem na lotnisko. „It’syourluckyday”- powiedział kierowca po znalezieniu wolnych miejsc dla naszej grupy w autobusie, na który nie mieliśmy biletów.Szczęśliwie i bez przeszkód, zato zostawiając za sobą wielki uliczny korek, opuściliśmy London City. Mimo napełnienia bagaży różnymi prezentami odprawę przeszliśmy prawie bezproblemowo, nie licząc paru osób, którym ‘zapodziano’ gdzieś buty, gdy zmieniono maszynę do wykrywania metalu. Akurat przy ostatnich osobach z grupy się musiała się zepsuć. Chyba że oni telepatycznie na nią jakoś negatywnie wpłynęli. Lot powrotny przebiegł niejako szybciej, choć ‘zegarki przesuwaliśmy do przodu’. Wrażenia zrobiły swoje. Mimo późnej pory nie czuliśmy zmęczenia, aż .. do pobudki w Elblągu po dojeździe busem. Niektórzy byli tak mocno zmęczeni, że do szkoły na zajęcia dotarli z duuuużym opóźnieniem. Pewnie podsumowywali rachunek zysków i strat, a może już snuli plany o kolejnej wycieczce.

Uczestnik  


… Londyn, wielkie miasto świateł i ludzi, piękne, nie da się nie kochać takiego miasta. Cała wycieczka była świetna, każde z odwiedzionych muzeów miało piękne eksponaty, Birish Muzeum pokazało nam wyśmienite artefakty z różnych zakątków świata, egipskie mumie były zachwycające, a japońskie wystawy pokazały nam jak była perfekcyjnie zrobiona samurajska zbroja. Same podróżowanie dawało nam wiele adrenaliny i ekscytacji, a podróż łodzią po Tamizie było drugim najwspanialszym środkiem podróży zaraz po locie samolotem, tylko z lepszymi widokami. Miasto nocą lśniło jak gwiazdy na niebie, które niestety nie było widać. Całą wycieczkę podsumuje za udaną i wartą czasu i pieniędzy.
Adrian 3F


… Uważam, że wycieczka była bardzo interesująca. Dostarczyła nam dużo pozytywnych wrażeń. Podobały mi się szczególnie zabytki tj. Big Ben, Westminster i Buckingham Palace. Również podobało mi się wieczorne życie londyńczyków , dało się odczuć specyficzny klimat tego miejsca. Londyn przepełniony jest różnymi kulturami , czasami na ulicy dało się usłyszeć nasz język ojczysty. Podsumowując uważam wycieczkę za udaną. …
Konrad 3F


… Uważam, że wycieczka była porywająca. Hostel, który był wysokiej klasy domem wypoczynkowym, znajdował się w niesamowitej lokalizacji, blisko dwóch stacji metra. Tesco express znajdujące się na każdym rogu było świetną alternatywą dla polskich biedronek. Piętrowe autobusy były za to czymś nowym, gdzie można było udać się na piętro, niczym chór w kościele, aby podziwiać Londyn z wysokości. Codziennie przechadzki po 20km były świetnym treningiem dla nóg, dzięki temu mogliśmy podziwiać Londyn podczas spaceru trwającego od rana do wieczora. Organizacja była niesamowita. Polecam wycieczki z Panią Marzanną Skowrońską i księdzem Rafałem. …
GaNiek 3F





Odwiedza nas 86 gości oraz 0 użytkowników.

Go to top