Podróżujemy bez biur podróży. W naszych podróżach pewne jest to, że nic nie jest pewne, więc jesteśmy otwarci na to, co może się wydarzyć i nie oczekujemy, że wszystko co zaplanowane zostanie zrealizowane. Tak było i tym razem, gdy po raz kolejny wyruszyliśmy w podróż. Tym razem za cel obraliśmy sobie Zatokę Neapolitańską.
Naszą grupę tworzyli uczniowie z klasy 3b, 3d, 4f oraz nauczyciele w osobie pani Marzanny Skowrońskiej i ks. Rafała Główczyńskiego. Taki "mix" różnych osób już na starcie zwiastował, że będzie ciekawie.

Tuż po przylocie do Neapolu i przejściu na przystanek, okazało się, że nie ma autobusu, który podwiózłby nas do centrum. Trasę 5 km pokonywaliśmy pieszo. Jak zwykle w grupie znaleźli się nie tylko "plecakowicze", ale też "trolowicze", czyli osoby z walizeczkami na kółkach (ang. trolley). W Neapolu czuliśmy się trochę dziwnie nie tylko ze względu na to, że ulice tonęły w półmroku z powodu małej ilości światła ulicznego, ale znaczną ilość śmieci na ulicach, której nie widzimy na co dzień w Polsce. Pierwszego dnia, a właściwie wieczoru wyruszyliśmy na zwiedzanie Neapolu. Choć miasto "nie powaliło nas na kolana"  swoim urokiem, to zachwyciła  smakowita pizza o różnych smakach, sympatyczne towarzystwo na ulicach, wspaniała letnia pogoda oraz futbolowy "meczyk" rozgrywany pod dachem znanej i największej galerii neapolitańskiej. Sympatię zdobył Stefano, nasz gospodarz pierwszego noclegu w starej kamienicy, który mówił tylko po włosku i hiszpańsku, nie pojmując w ogóle angielskiego. I tu nieoceniony okazał się ks. Rafał, a właściwie jego pamięć i znajomość języka hiszpańskiego.







Przez pół następnego dnia biegaliśmy po wąskich ciasnych, ale jakże urokliwych uliczkach Neapolu, zwiedzając główne atrakcje miasta. O drugiej wsiedliśmy na prom do Sorrento. Prom ze względu na turystów pędził "lotem pershinga" i po 20 min znaleźliśmy się w malowniczym miasteczku, siedlisku weselnych imprez. Miasteczko zyskało jeszcze bardziej na atrakcyjności po promocji, jaką zrobił mu film pt. „Wesele w Sorrento” z Pierce Brosnan’em w roli głównej. Większość nie podzielała zachwytu pani Skowrońskiej nad tym filmem, bo nie było im dane spotkać się z owym dziełem kultury. Tylko nieliczni zachwycali się mijaną po drodze urokliwą kafejką, w której rozgrywała się jedna ze szczególnych scen filmu.





Wszyscy jednak byli zachwyceni niesamowitym widokiem, który roztaczał się na zatokę, Neapol, wyspę Capri, lokalne miasteczko na klifie oraz Wezuwiusz. Aby go jednak zobaczyć, należało wspiąć się po licznych schodach na wysoki brzeg. Nie trzeba dodawać, że dla "trollowiczów" zadanie nie było łatwe. Najlepsze czekało nas dopiero na kempingu, gdzie ulokowaliśmy się w domkach kempingowych na zboczu stromej góry schodzącej w morze. Domki były z tarasami z pięknymi widokami na zatokę z Wezuwiuszem włącznie. Morze było ciepłe, ale chętnych do pływania mało, a dokładnie dwoje, czyli nasi opiekunowie. Po ciepłej i ciekawej nocy rano uraczyliśmy się królewskim śniadaniem ze szwedzkiego stołu w kempingowej restauracji w cenie noclegu z widokiem na Sorrento.



Żal było opuszczać to zacne miejsce, ale wyzwanie goniło. W planie mieliśmy zajrzenie w gardziel diabła, czyli dostanie się do krateru Wezuwiusza po dojechaniu do Pompejów. Prawie nam się to udało. Prawie, bo od początku mieliśmy pod górkę. Najpierw stanęliśmy przed problemem złapania autobusu z Pompei Scavi na Wezuwiusz. Autobusu publicznego wg rozkładu jazdy nie było. Ponaglani przez naganiaczy firmy turystycznej zdecydowaliśmy się pojechać autobusem firmowym, płacąc nie 3 € a 5 € na górę.



Niestety Wezuwiusz okazał bardzo złowrogie oblicze i gdy byliśmy tuż pod szczytem, zaczął padać deszcz i zerwał się wiatr. Intensywnośc opadów była tak wielka, że strażnicy Wezuwiusza przestraszyli się niebezpieczeństwa wypadku i zamknęli wejście na krater. Chętnych do zejścia pieszo z Wezuwiusza nie było. Za to chętnych do biegania po sklepach w Pompejach i robienia zakupów, uśmiechania się do straganiarzy i prób konwersacji z nimi we włosko-polskim języku było bez liku mimo dżdżystej aury.





Po ciężkiej nocy, kolejnego dnia, po sforsowaniu wielkiej bramy i wielkich tłumów kłębiących się przy bramie, które tak jak my, przyjechały na darmowe zwiedzanie raz w miesiącu, przemierzaliśmy ulice starego miasta Pompeje. Miasto odkopywano z popiołów przez wiele lat począwszy od 1748 r. Zniknęło on z powierzchni ziemi w 79 r. w skutek erupcji wulkanu Wezuwiusz. Miasto ruin zrobiło na nas ogromne wrażenie, tym bardziej że tuż przy bramie wejściowej mogliśmy zobaczyć rzeźby postaci, odtworzonych na wzór odnalezionych ciał osób pogrzebanych żywcem. Również zachowane ulice, budowle i ruiny budziły respekt ze względu na swoją przestrzeń i rozmach, są to jedyne, w takiej skali tak dobrze zachowane zabytki w świecie. Oczyma wyobraźni widzieliśmy ludzi którzy tam mieszkali, zaglądaliśmy do ich domów, miejsc publicznych oraz forum.



Pogoda była jak marzenie. Po południu wróciliśmy do brudnego Neapolu.
W bramie kamienicy, w której znajdował się nasz hostel czekaliśmy na naszą właścicielkę godzinę, choć ta deklarowała, że będzie za 5 min, ot taka włoska punktualność. W międzyczasie mogliśmy dostrzec akcję policji prowadzoną w tej kamienicy. Początkowo myśleliśmy, że to my jesteśmy sprawcami interwencji policyjnej, a właściwie nasze głośne konwersacje, odbijające się głośnym echem po wewnętrznym dziedzińcu-studni. Warto było czekać, gdyż właścicielka uraczyła nas smacznymi wypiekami po wpuszczeniu do mieszkania, a właściwie do 3 ładnych apartamentów złączonych wspólnym korytarzem. Niestety rozczarowani byliśmy faktem dopłaty 3€ specjalnego taxu dla policji ze względu na specjalną strefę zagrożenia. Niektórzy tak się przestraszyli, że chcieli zostać w domu i nie ruszać się do rana. Koniec końców jednak całą grupą ruszyliśmy w miasto. Dotarliśmy do kościoła Jezu. Zjedliśmy ostatnią pizzę. Popatrzyliśmy jak na dyżur  wyjeżdżają żołnierze z karabinami i wozami opancerzonymi. Czuliśmy się bezpiecznie. Niektórzy z nas udali się z ks. Rafałem na plażę, aby pożegnać się z Morzem Śródziemnym i zatoką. Inni byli zbyt zmęczeni i od razu wrócili na nocleg. Późnym wieczorem obie grupy  połączyły się we wspólnym śpiewie "100 lat", aby uczcić urodziny ks. Rafała. Rano znowu rozdzieliliśmy się na dwie grupy: jedna poszła na autobus i podjechała na lotnisko, a druga poszła pieszo w tym samym kierunku, przedłużając pożegnanie z Neapolem.

Wszyscy oceniliśmy wycieczkę bardzo dobrze, czego potwierdzeniem jest deklaracja powrotu do Neapolu kiedyś w przyszłości. W drodze powrotnej niemalże wszyscy zasnęliśmy w samolocie. W pociągu do Elbląga snuliśmy dalsze plany co do następnych wojaży.

Uczestnicy



***

Naszą podróż rozpoczęliśmy w stolicy pizzy margerity - Neapolu. Miasto było pełno śmieci i służb ochrony. Chociaż ulice nie wyglądają dość bezpiecznie, rodowici Włosi nadal zbierają się dużymi grupami w nocy by "imprezować". Na każdym rogu w Neapolu widzieliśmy monumentalne katedry i bazyliki chrześcijańskie, pięknie ozdobione od środka. Popłynęliśmy do pięknego miasta na zboczu klifu - Sorrento. Zachwyciło nas ono widokiem plaż i górzystych zboczy. Spędziliśmy upalny wieczór na kempingu z plażą. Następnym punktem było już ładne typowe miasto włoskie Pompeje z Wezuwiuszem w tle. Wulkan Wezuwiusz nie chciał nas przyjąć na górze w kraterze, choć przeżyliśmy jazdę autokarem po wąskiej stromej drodze podczas wielkiego deszczu. Ulice nowego miasta Pompeje w nocy były piękne pełne ludzi. Patrząc na tłumy i bardzo dużo otwartych sklepów mimo późnej pory, można było wątpić, czy to dzień, czy to noc. Następnego dnia zwiedzaliśmy ruiny Pompejów. Pięknie komponowały się one z cieniami rzucanymi przez słońce po południu. Strasznie było uświadomić sobie, ile osób zginęło tam podczas erupcji siedemdziesiątym dziewiątym roku. Włochy są piękne i klimatyczne,  jednak widać, że nie są bezpieczne. Nawet fakt, że trzeba płacić podatek na policję o czymś świadczy. Widać też, że kraj odczuł bałagan jaki wprowadzili  niedostosowani do standardów europejskich uchodźcy.

Wycieczkę uważam za udaną.

Adrian 4F